„Gdybyś do nas przyszła / Powiem jej, że wyszłaś”. O „Wojence” Magdaleny Grzebałkowskiej

Co można jeszcze dodać do wielu opinii o „Wojence” Grzebałkowskiej? O której to książce napisano dużo, i zasłużenie – pozytywnie. Narracja – rwana, czasem jednak poukładana chronologicznie. Bohaterowie różni, z każdych stron świata. Nie tylko Polska, Rosja i Niemcy. Nie tylko groza II wojny światowej, tak bardzo obecna w naszej zbiorowej świadomości.

Z opowieści mojej babci Zofii wiem, że wojna dla 8-latki miała smak czekolady, którą karmił ich niemiecki żołnierz, zakwaterowany w ich wiejskiej chałupie na Lubelszczyźnie. Front docierał tam w strzępkach wiadomości, urywkach zdarzeń. Wiadomo, że nieobliczalni Rosjanie byli o wiele gorsi niż poukładani Niemcy. Takie zdanie znalazłam też w „Wojence”, więc faktycznie niemieccy żołnierze nie budzili takiej grozy, jak sowieccy.

Jako kobietę przeraża mnie los matek, które, chcąc nie chcąc, musiały rodzić także podczas wojennej zawieruchy. Pamiętam scenę z filmu Agnieszki Holland „W ciemności”, w której młoda matka udusiła synka, urodzonego w kanałach podczas wojny. Nigdy tego nie zapomnę, nie usunę spod powiek.

Ale mam to szczęście, że nie są to moje doświadczenia. „Wojenka” ma dla mnie funkcję również terapeutyczną. Poza tarzania się w świetnie napisanym języku, poza podziwianiem kunsztu reporterki, mogę dziękować losowi, że – póki co – oszczędza nam tych doświadczeń. Mnie, moim dzieciom, rodzinie.

Te historie nie mydlą nam oczu. I po to jest właśnie czytanie książek – aby ratować świat.

Wiem też, jak cenne jest zachowanie pamięci osób, które wojnę przetrwały. Babcia bardzo lubi o tym czasie opowiadać, spisała swoje wspomnienia. Wydrukowałam je w formie małej książeczki, aby moje dzieci mogły to kiedyś przeczytać. Dziadka opowieści niestety nie zdążyłam zapisać.

Autorka w rozmowie Dużego Formatu na FB (w ramach tygodnia z Grzebałkowską) powiedziała, że nie znosi podziału na literaturę kobiecą i męską. Że jest tylko dobra i zła. A może jej książka to ten święty Graal – dobra literatura kobieca?

Książkę polecam czytać na raty, powoli. Przynajmniej ja tak ją czytam. Ale zdania o niej nie zmienię i długo będę o niej myśleć. Podobnie jak z reportażami Zofii Nałkowskiej czy Hanny Krall, tu nie ma dróg na skróty. Te historie nie mydlą nam oczu. I po to jest właśnie czytanie książek – aby ratować świat. Czytanie i pisanie – bo to zawody z pasją.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.